Z cyklu dieta przeciwzmarszczkowa: Przeciwutleniacze – pogromcy wolnych rodników cz. I



Mimo, iż wolne rodniki znajdują się praktycznie wszędzie i atakują nas z każdej strony – nie jesteśmy aż tak bezradni jakby wydawać się mogło. Istnieje szereg witamin, mikroelementów, enzymów, flawonoidów i innych substancji, które potrafią wychwytywać wolne rodniki i tak je przekształcać – by nie robiły nam szkody oraz ograniczały tempo starzenia się skóry i powstawania zmarszczek. Do najpopularniejszych należą:


Beta-karoten
– to on nadaje warzywom i owocom

charakterystyczny pomarańczowy kolor (czasami żółty lub zielony). Jest bardzo ceniony za swoje właściwości – potrafi zwalczać wolne rodniki w takich tkankach, gdzie inne przeciwutleniacze okazują się bezradne. Dodatkowo skutecznie chroni nasze ciało przed nowotworami i chorobami serca. Potrafi pomóc przygotować się do lata i nadmiernego opalania. A oprócz tego tępi wolne rodniki , które pojawiają się w skórze pod wpływem promieniowania UV. Co ważne –nasz organizm sam reguluje tempo przekształcania beta – karotenu w witaminę A, zgodnie z zapotrzebowaniem w danej chwili.

Gdzie znajdziemy Beta-karoten??

  • W brokułach
  • Marchwi
  • Suszonych morelach
  • Kalarepie
  • Szpinaku
  • Sałacie
  • Dyni
  • Grejpfrucie
  • Mango



Glutation  - kolejny antyoksydant o śmiesznie brzmiącej nazwie. Często nazywany jest aminokwasem młodości – ponieważ rozbraja wolne rodniki oraz zapobiega utlenianiu substancji tłuszczowych. Co ciekawe – posiada zdolność blokowania około 30 substancji rakotwórczych, które znalazły się w naszym organizmie. Chroni także nasz organizm przed szkodliwymi substancjami zawartymi w dymie papierosowym i alkoholu.

Niestety – co jest smutnym standardem – z wiekiem ilość glutationu w komórkach maleje – i dlatego musimy posiłkować się odpowiednią dietą. Przy czym warto wiedzieć że zarówno ugotowane jak i zakonserwowane warzywa i owoce tracą glutation. Więc aby go pozyskać – trzeba jeść surowe, nieprzetworzone produkty

Glutationu najwięcej znajdziemy w:

  • Awokado
  • Arbuzie
  • Szparagach
  • Grejfrucie
  • Pomarańczach
  • Truskawkach
  • Brzoskwiniach
  • Ziemniakach
  • Kabaczkach
  • Kalafiorze
  • Brokułach
  • Pomidorach
  • Jagnięcinie
  • Gotowanej szynce



Indole – kolejne ochraniacze przed wolnymi rodnikami. Dodatkowo znane są ze zdolności polegającej na hamowaniu syntezy rakotwórczych nitrozoamin. I znowu
gotowanie  zmniejsza ich zawartość – w  tym przypadku o połowę – ale jednak

Indole znajdziemy w:

  • Kapuście
  • Kalafiorze
  • Kalarepie
  • Brukselce
  • Brokułach
  • Rzodkiewce
  • Rzepie
  • Brukwi
  • Chrzanie
  • Gorczycy i wytwarzanej z niej musztardzie


A w następnym wpisie – ciąg dalszy substancji, które są pogromcami wolnych rodników i dzięki którym dłużej zachowamy młody wygląd – bez zmarszczek
Czytaj dalej...

O wolnych rodnikach raz jeszcze

Co to są wolne rodniki już pisałam i można o nich przeczytać dla przypomnienia tutaj. Jednak dzisiaj chciałabym szerzej opisać Wam co takie wolne rodniki potrafią zrobić złego w naszym organizmie. I wierzcie mi - zmarszczki, które przez nie mamy to tylko maleńki wycinek ich szkodliwej działalności w naszym ciele

Wolne rodniki są tak niebezpieczne dla naszego organizmu - ponieważ praktycznie nas otaczają z każdej strony. Atakują nas od środka -powstają podczas procesów metabolicznych, a także w wyniku naszych złych nawyków: nieodpowiednia dieta, konserwanty w produktach, stres, palenie papierosów czy spożywanie alkoholu przyczyniają  się do ich  powstawania. Dodatkowo możemy się ich nawdychać z powietrzem - znajdują się z spalinach. I to w bardzo konkretnej ilości. Obliczono - że w ciągu 70 lat osoba

żyjąca na terenie przemysłowym wdychając 17 ton tlenu  - jednocześnie wciąga do płuc aż tonę wolnych rodników. Jakby tego było mało wolne rodniki znajdują się w zanieczyszczonej wodzie, glebie a nawet roślinach narażonych na działanie pestycydów. Również powstają od wpływem słońca w naszej skórze. Więc tak naprawdę jesteśmy przez nie otoczeni i każdego dnia narażeni na ich niekorzystne działanie.

A ich działanie potrafi wyniszczyć nasz organizm:
  1. Jeśli wolne rodniki dostaną się do jądra komórkowego - są w stanie doprowadzić do mutacji materiału genetycznego komórki - co może z kolei spowodować powstanie nowotworu
  2. Podwyższają poziom złego cholesterolu LDL - a przez to przyspieszają rozwój zmian miażdżycowych w naszym organizmie, a co za tym idzie zwiększają ryzyko pojawienia się chorób serca oraz układu krążenia
  3. U mężczyzn doprowadzają do uszkodzenia nasienia - przez co wiele par cierpi z powodu bezpłodności. Uszkodzenia mogą również doprowadzić do pojawienia się wrodzonych wad u potomstwa.
  4. Przyczyniają się do powstania zaćmy oraz zmian zwyrodnieniowych plamki żółtej
  5. Są w stanie uszkodzić tkankę nerwową i w ten sposób wywołać takie choroby jak Parkinson czy Alzheimer, stwardnienie rozsiane czy otępienie starcze
  6. Atakując stawy zwiększają ryzyko pojawienia się reumatyzmu
  7. Wywołują alergie i wszelkiego rodzaju stany zapalne
  8. Zwiększają ryzyko zachorowalności na cukrzycę
  9. Zmniejszają odporność organizmu
  10. Przyspieszają starzenie się organizmu i pojawianie się zmarszczek

Dlatego tak ważne jest walczyć z wolnymi rodnikami na każdym kroku - wykorzystując do tego wszelkie możliwe metody - a dokładnie przeciwutleniacze - potrafiące zneutralizować ich niekorzystne działanie. O czym będzie w kolejnych wpisach
Czytaj dalej...

Polski rybi kolagen - czy warto go kupować na zmarszczki?? Moja opinia

W sumie już wiele napisałam o zmarszczkach, często też w swoich postach wychwalam kolagen rybi. Jednak jego recenzji – takiej z prawdziwego zdarzenia jeszcze nie było. Więc czas to naprawić.

Polski kolagen rybi - Platinium
O butelkach, opakowaniach i innych tego typu rzeczach – czyli całej tej otoczce kosmetyku pisać nie będę. Wystarczy wejść na stronę pierwszego lepszego sklepu by się samemu przekonać jak takie opakowanie wygląda. Jedyne co w nim jest warte uwagi i kilku słów to pompka. Nie trzeba nabierać kolagenu palcami i w ten sposób go zanieczyszczać. Opakowanie jest zaopatrzone w pompkę i w ten sposób kolagen jest chroniony przed tym wszystkim co mogłoby sprawić że straci swoje właściwości.
Jeśli chodzi o wygląd i konsystencję – to jest to żel koloru lekko mlecznego. Jeśli ktoś ma czuły nos – wywącha delikatny rybi zapach – w przypadku najlepiej oczyszczonego kolagenu platinium. Pozostałe tez pachną rybą – i to mocniej.
Dodatkowo – co ważne kolagen rybi trzeba przechowywać w temperaturze pokojowej. Nie może stać na słońcu ani w pomieszczeniach gdzie temperatura dochodzi do 30stopni. W tych warunkach traci swoje właściwości i zaczyna być zwykłą galaretą.
Przed nałożeniem kolagenu trzeba zawsze mieć zwilżoną twarz. Czyli chlapiemy się wodą i na mokrą buzię nakładamy kolagen. Po nałożeniu w ciągu kilku minut czuć mocne ściągnięcie. Porównać to mogę do maseczek typu peel off – które zastygają na twarzy a potem się je ściąga. Przy czym w przypadku kolagenu – nie ma czego ściągnąć. Skóra jest napięta i tyle. Po 15 minutach można ją posmarować odpowiednim kremem jeśli komuś mocno to przeszkadza. Mi aż tak nie przeszkadzało i na smarowaniu się kolagenem poprzestałam.
Kolagen z większą lub mniejszą systematycznością stosuję już dość długo. Ponad pół roku. Więc w tym czasie opinię na temat produktu zdążyłam sobie wyrobić.



Oczywiście – jak to ja – byłam sceptycznie nastawiona do drogiego jak dla mnie kosmetyku. Tyle kasy na  jeden specyfik? Fajniejsze rzeczy mogłabym sobie za nią kupić. Ale – gdy coraz częściej słyszałam komentarze, z których wynikało, że jestem starszą siostrą swojej mamy miarka się przebrała. Na kupno kolagenu dużo wcześniej namawiała mnie kilka lat starsza koleżanka. Mówiła że cuda zdziałał z jej twarzą. No fakt – wygląda młodo – ale byłam pewna, że to taki typ urody a nie kosmetyk. Mimo to w końcu uległam jej namowom i zaopatrzyłam się w polski kolagen. Akurat miałam imieniny i zażyczyłam sobie od najbliższych właśnie ten kosmetyk. Więc ostatecznie udało się zrobić że wilk był syty i owca cała. Nie rozpaczając ile kasy wydałam na żel miałam go w domu.

I zaczęłam stosować. Podchodziłam do niego mocno nieufnie. Jakoś ciężko mi było na początku uwierzyć w te wszystkie ochy i achy. Że na cellulit pomaga, na trądzik u dzieci, że oparzenia się nim wyleczy, zapobiegnie rozstępom, bólom stawów i co tam nie tylko.
No niby fakt – poczytałam w necie – dużo go w skórze jest – ale żeby zaraz był taki wszechstronny … Bujdy myślałam sobie. I w tej negatywnej postawie tkwiłam dobry miesiąc. Mimo że kolagenem się smarowałam przynajmniej raz dziennie – żadnej spektakularnej zmiany na swojej twarzy nie zauważyłam. No może przypadkowy trądzik – który jeszcze od czasu do czasu potrafił mnie dopaść się w tym czasie nie ujawnił – ale to jeszcze nie był dowód że kolagen działa. Zmarszczki mimiczne jak były tak były. Więc już te wszystkie historie o cudownym działaniu kolagenu zaczęłam wkładać między bajki – i trochę zaczynałam żałować, że mimo wszystko nie zażyczyłam sobie czegoś innego. No ale – skoro miałam ten kolagen – smarowałam się dalej.

Pierwszy przebłysk, że ten kosmetyk może jednak działać miałam podczas jednego zimowego wieczoru. Strasznie wymarzłam w pracy i od tego zimna niesamowicie stawy zaczęły mi dokuczać. 


Mimo w miarę młodego wieku – grubo przed 40-tką tą przypadłość odziedziczyłam po tacie. I już z dwudziestką na karku potrafiłam doskonale przewidzieć zmiany pogody. Moje kolana zawsze informowały mnie kilka dni wcześniej o zbliżających się deszczach. Więc w takich chwilach zwykle używałam swoich maści rozgrzewających – szczególnie lubię maści końskie bingospa – ale to osobna historia. Pech chciał że tego dnia akurat skończyło mi się opakowanie – a na zakupy czegokolwiek było już za późno. Gdy myślałam że już będę miała średnio przyjemną noc – przypomniałam sobie historie koleżanki, że jej tata kolagen stosuje na stawy i dzięki niemu czuje się jak młody Bóg. I dlatego i ja ostatecznie tego wieczoru przed snem posmarowałam kolana kolagenem. 

O dziwo już po pół godzinie przestałam myśleć tylko o moich stawach, a po godzinie spałam jak niemowlę. Ból całkowicie został spacyfikowany. To jednak był dla mnie jeszcze za słaby dowód że to cudo działa. Stwierdziłam, że może sama wmówiłam swojej podświadomości i zadziałał efekt placebo. Więc w dalszym ciągu byłam średnio przekonana do tego kosmetyku.

Mimo to starałam się smarować kolagenem systematycznie. Twarz i dekolt przede wszystkim. Skoro miałam w domu tak drogi kosmetyk – to stwierdziłam że jednak go zużyję. I tak minął drugi miesiąc. Ja nadal efektów, aż takich nie zauważam. No dobra wyrównał mi się koloryt twarzy i mimo problemów z rozszerzonymi naczynkami rzadziej buraki łapałam – ale wygładzenia skóry super widocznego dalej nie było.  



Plus minus w tym samym czasie moja młodsza córka – wtedy roczny brzdąc – jednego dnia opanowała wchodzenie na krzesła. Ja wtedy jeszcze nie byłam przygotowana na takie rewelacje oraz jak zwinne potrafi być dziecko. Zaczęło się od tego, że weszła na biurko w pokoju siostry. Najpierw krzesło, potem kolejna wspinaczka i już była na biurku. Na czas zauważyłam i ściągnęłam ją. W miedzy czasie zrobiłam sobie herbatę i postawiłam na środku stołu. Jeszcze do dnia poprzedniego tyle wystarczyło. Potem pomogłam w czymś starszej córce. Wracam do kuchni – a tam młodsza już na stole siedzi. I oczywiście ta chwila nieuwagi wystarczyła by oblała się moją herbatą. Na szczęście to nie był wrzątek – ale w dalszym ciągu bardzo gorąca była. Na tak młodym ciałku wywołała piorunujący efekt. Cała klatka i brzuszek czerwone jak burak ćwikłowy. Pędem do apteczki. W apteczce braki – nie ma niczego na oparzenia. Parę dni wcześniej oparzyło się dziecko sąsiadki i  wtedy oddałam jej swoją maść. A ona jeszcze nie zdążyła mi odnieść. W panice myśli pędzą jak oszalałe. Co teraz? Zimna woda to za mało, kapusty w domu też nie mam. Co teraz? Mój wzrok pada na kolagen. Pamiętam te zdjęcia pokazywane przez koleżankę w Internecie jak komuś szybko oparzona wrzątkiem  ręka się wygoiła. Nie mam nic innego pod ręką. Więc lepsze to niż nic. Smaruję oparzone miejsca córeczki kolagenem. Raz, drugi, trzeci… Błyskawicznie się wchłania. Więc znowu i znowu. Córeczka uspokaja się. Już nie płacze tylko zdziwiona patrzy na swój brzuszek i piersi.   Kuracja smarowania trwa 30 minut może dłużej. Co tylko kolagen się wchłonie następna warstwa. W buteleczce ubytek kosmetyku widoczny gołym okiem – ale i mała już spokojna zasypia w moich ramionach. Oglądam miejsce oparzeń – zaczerwienienia takiego mocnego już nie ma. Został trochę bardziej różowy kolor w porównaniu do zdrowej skóry. Nic się nie dzieje złego ze skórą córki – żadnych bąbli większych czy mniejszych. Więc ostatecznie decyzja – nie jedziemy na pogotowie – tym bardziej że malutka już po tych wrażeniach słodko śpi. Na drugi dzień mimo sprawdzania w nocy jak wyglądają poparzone miejsca z przestrachem podnoszę koszulkę. A tam moim oczom ukazuje się idealnie zdrowa skóra mojego maleństwa. Nie został najmniejszy ślad po oparzeniu. Kolor skóry wszędzie taki sam. Ufff. Tym razem nie ma wątpliwości - pomógł kolagen.

Za kilka dni powtórka z rozrywki (zgodnie z przysłowiem nieszczęścia chodzą parami). Tym razem starsza opowiadając o tym co działo się w przedszkolu zbyt mocno machnęła ręką… i poleciał kolejny kubek z herbatą na rączki. Mam i stosowany od lat krem na oparzenia i kolagen. Wybieram kolagen. Znowu długo, często i grubo smaruję oparzone miejsca kolagenem. I znowu ten sam efekt – ani śladu po oparzeniu. Starsza też nie skarży się że ją cokolwiek boli – że skóra jest uszkodzona, swędzi czy piecze. Więc tym razem pewność – na oparzenia kolagen działa. Dwukrotnie sprawdził się u mnie w domu w ekstremalnych sytuacjach.
Więc już nie wkurzam się tak na ten kosmetyk. Może ze zmarszczkami sobie nie radzi – ale w innych sytuacjach jest nieodzowny. Mogę mu wybaczyć brak wygładzenia skóry – ważne że dzieciakom pomógł wtedy, gdy tego najbardziej potrzebowałam.
I tak minął kolejny miesiąc i następny.
Przyszła Wielkanoc a z nią wiosna – ta kalendarzowa – za oknem zima w dalszym ciągu szalała. A wraz z nią długo oczekiwane spotkanie z najlepszą psiapsiułą ze studiów. Teraz nie tyle odległość – co ciągłe zabieganie i brak czasu na wszystko sprawia, że ciężko nam się zgrać w tym samym terminie. W końcu się udało. Przyjeżdża do mnie – robimy misiaczka i pierwsze co słyszę. No, no rodzinka Ci służy. Ale ty odmłodniałaś. Wyglądasz jakby Ci lat ubyło. Kumpela nie należy do osób, które rzucają słowa na wiatr. Mówi to co myśli. Zawsze prosto i z mostu - więc nie ma wyboru - muszę przyjąć do wiadomości, że jednak coś z moją twarzą dobrego się stało. Dodatkowo od paru miesięcy - mimo że na zakupy z mamą chodzę jeszcze częściej niż zimą - od nikogo nie usłyszałam że jesteśmy siostrami :) Może dla innych to średni dowód. Dla mnie - osiągnięcie celu. Dzięki kolagenowi udało mi się to o czym marzyłam - odmłodniałam na twarzy. W dalszym ciągu zarywam noce jak zarywałam, jestem maksymalnie zabiegana i niewiele czasu mam dla siebie. Mimo to moja twarz wygląda lepiej. Zmarszczki które mam trochę się wygładziły, worów pod oczami brak, kolor skóry jednolity, bez przebarwień. Skóra całkiem przyjemna w dotyku i wygładzona, nowych zmian na skórze będących zapowiedzią kolejnych zmarszczek brak.
Więc - ogólnie - po naprawdę długim stosowaniu - bardzo polecam ten produkt. Jest wydajny i działa. Tylko żeby zauważyć efekty jego działania trzeba uzbroić się w cierpliwość. Nie liczcie na to że po dwóch tygodniach czy miesiącu Wasza twarz będzie wyglądała jak pupa niemowlaka. Nie będzie :) I to nawet po roku stosowania kolagenu :) Ale o tym wszystkie wiemy. Natomiast na 100% będziecie wyglądały młodziej. Tym razem to jest kosmetyk, który dotrzymuje obietnic składanych przez producenta, więc polecam :)
Czytaj dalej...
Zmarszczkowo - czyli wszystko o zmarszczkach © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka